Relacja z Vipassany
Siedem lat temu pojechałam na odosobnienie Vipassana do ośrodka w Dziadowicach.
Mentalnie przygotowywałam się do tego wyjazdu od około dwóch lat.
Znałam osoby, które były na Vipassanie, słyszałam różne historie i czułam, że to doświadczenie jest też dla mnie.
Od lat medytowałam, byłam na terapii i pracowałam z psychotraumatologiem, praktykowałam jogę, tańczyłam taniec hula, wykonywałam masaż Lomi Lomi i wiele innych, byłam głęboko zanurzona w rozwój osobisty i duchowy. Vipassana wydawała mi się kolejnym krokiem na tej drodze.
Znałam zasady, zgadzałam się na nie i wszystko było dla mnie jasne.
Pierwsze dni praktyki przebiegały bez większych trudności.
Dopiero z czasem zaczęłam zauważać, jak bardzo brakuje mi kontaktu z naturą i swobodnego ruchu. Maleńki skrawek terenu, po którym można było spacerować wzdłuż płotu, był dla mnie zdecydowanie niewystarczający.
Mój system, ciało i psychika, potrzebują spacerów jako formy regulacji, zwłaszcza w momentach intensywnej pracy wewnętrznej. Mimo to dostosowywałam się i kontynuowałam praktykę.
Wszystko zmieniło się szóstego dnia, podczas jednej z dłuższych praktyk siedzących.
Zaczęłam odczuwać nie ból fizyczny, z którym wcześniej umiałam sobie radzić, ale głęboki, rozdzierający ból wewnętrzny. Miałam wrażenie, jakby moja głowa i świadomość zakleszczyły się na jednym punkcie. Słowa nauczyciela, prowadzone po angielsku, powodowały we mnie coraz większe napięcie, zaciskało się wszystko: umysł, ciało, oddech. Miałam poczucie, że ten dźwięk mnie rani.
Nie byłam w stanie oddychać. Walczyłam o każdy wdech. Miałam realne poczucie, że mogę nie przeżyć tej praktyki do końca. W tym czasie toczył się we mnie dialog: jedna część mówiła, że być może właśnie tak to wygląda i że za tym ekstremalnie trudnym doświadczeniem jest to, po co tu przyjechałam. Druga część była bardzo jasna: rozwój nie musi oznaczać przekraczania siebie i przemocy wobec własnego systemu.
Wytrwałam do końca praktyki. Jednak w jej trakcie obiecałam sobie, że nigdy więcej nie wrócę na tę salę. W momencie, gdy podjęłam tę decyzję, oddech wrócił. Dosłownie minutę później praktyka się zakończyła.
Po wyjściu z sali powiedziałam opiekunce, że „to było straszne”. Powtórzyłam to kilka razy. Gdy oznajmiłam, że opuszczam odosobnienie, usłyszałam, że „nie możesz tak po prostu wyjechać i musisz najpierw porozmawiać z nauczycielem”. W moim stanie było to doświadczenie silnego zagrożenia a po tych słowach jeszcze wzmogło się. Odpowiedziałam, że już podjęłam decyzję.
Zaproponowano mi, żebym wróciła do pokoju i czekała do wieczornej praktyki. Kiedy wszyscy byli na praktyce, zaprowadzono mnie do biura, gdzie odebrałam telefon z depozytu. Musiałam zadzwonić po męża, bo przyjechałam bez pieniędzy i bez samochodu (on mnie przywiózł).
Rozmowy z obsługą były dla mnie bardzo trudne, bo to jak rozmawiali o mnie powodowało jeszcze większy niepokój np. pierwsze pytanie: „zamówić Ci taxi?”, zapytałam „dokąd mam jechać nocą tą taksówką?”
Kiedy powiedziałam, że mąż po mnie przyjedzie wyraźnie im się to nie spodobało, nawet padł komentarz miedzy nimi „to co my z nią teraz zrobimy?”, na moją wyraźną prośbę pozwolili zostać mi te 2,5h w pokoju.
Choć nie skończyłam pełnych 10 dni, miałam poczucie, że komunikacja odbywa się na jakimś innym poziomie niż słowa. Kiedy zapytano mnie o numer telefonu, podałam go, po czym zobaczyłam, że został zapisany błędnie. To był moment ogromnego strachu, bo nie pamiętałam własnego numeru telefonu, jedynego, jaki w ogóle pamiętam i miałam go od lat, to już naprawdę mnie przeraziło, bo nie wiedziałam co się ze mną dzieje.
W pokoju mój stan się pogarszał. Nie byłam w stanie ani leżeć ani nawet logicznie się spakować, rzeczy wrzucałam do torby bez ładu. Bałam się nawet wypić herbatę, pojawiały się myśli, czy to jest bezpieczne. Atak paniki narastał. Zadzwoniłam jednak po taksówkę i pojechałam na najbliższą stację paliw, w kierunku Warszawy, żeby tam czekać na męża.
W restauracji na stacji paliw właściciel zaopiekował się mną, zrobił mi kawę i nie chciał przyjąć zapłaty. Musiałam wyglądać bardzo źle. Siedząc tam też cały czas obserwowałam co się ze mną dzieje i pamiętam, że nawet nie byłam w stanie napisać sms do męża z lokalizacją miejsca, gdzie na niego czekałam, pomógł mi właściciel restauracji.
Kiedy przyjechał mąż, był przerażony moim stanem. Powiedziałam mu tylko, że „nie wiem co mam ci powiedzieć, bo nie wiem czy umieram, czy zwariowałam, czy za chwilę zwariuję.”
Dochodzenie do siebie po Vipassanie
Po powrocie do domu nie byłam w stanie funkcjonować. Nie miałam siły wykonać najprostszych czynności. Nie potrafiłam przygotować sobie jedzenia, zrobić herbaty, wziąć prysznica czy przeczytać cokolwiek.
Miałam poczucie całkowitej dezintegracji, psychicznej, fizycznej i egzystencjalnej, oraz ogromny strach, że już nigdy nie wrócę do siebie. Miałam problemy z mówieniem i składaniem myśli. Przez 5 dni leżałam w łóżku i patrzyłam w sufit i zalewały mnie łzy, ale nie nazwałabym tego, że płaczę.
Pomoc przyszła stopniowo dzięki wsparciu bliskich osób. Kluczowa okazała się praca z ciałem. Mimo ogromnego oporu poszłam na czterodniowe warsztaty tańca hula, na który byłam wcześniej zapisana. Było to skrajnie trudne doświadczenie, w każdej chwili chciałam uciec, nie byłam w stanie słuchać, nawiązać jakiejkolwiek relacji, się skupić ani skoordynować ruchów.
Jednak kilka dni po zakończeniu warsztatów obudziłam się z absolutną pewnością, że wróciłam do siebie, do ciała, umysłu i poczucia bycia sobą. Powrót był nagły i całkowity.
Pamiętam to doskonale, bo natychmiast zadzwoniłam do męża płacząc, że „wyzdrowiałam, jestem znowu sobą”
To doświadczenie było dla mnie doświadczeniem rozpadu i ponownej integracji. Piszę tę historię, bo uważam, że intensywne praktyki medytacyjne lub inne mogą prowadzić do bardzo trudnych, a czasem destabilizujących stanów, i że nie każdy system nerwowy jest gotowy na takie formy pracy, nawet jeśli osoba jest doświadczona w rozwoju osobistym i duchowym.
Cały proces powrotu do siebie po opuszczeniu Vipassany trwał u mnie około dwóch tygodni.
Szczęśliwie miałam wtedy zaplanowany urlop, dzięki czemu mogłam w pełni skupić się na regeneracji i zadbaniu o siebie, bez presji codziennych obowiązków.
Dziś, z perspektywy siedmiu lat, czasem pojawia się we mnie myśl, czy nie wrócić kiedyś do tej praktyki, spróbować jeszcze raz. Jednak za każdym razem przypominam sobie obietnicę, którą złożyłam sobie w trakcie tamtej ostatniej medytacji, że więcej nie wrócę na tę salę i traktuję ją jako ważny sygnał granicy mojego systemu.
Co ciekawe, dwa lata temu brałam udział w sesji z psylocybiną i po kilku miesiącach z ajahuaską. Były to doświadczenia głębokie i momentami mega trudne, jednak w żadnym momencie nie pojawił się stan dezintegracji, paniki, lęku czy utraty kontaktu ze sobą.
Byłam w pełni świadoma, obecna w doświadczeniu, zanurzona w nim i bez obaw. Było to dla mnie doświadczenie skrajnie inne od tego, czego doświadczyłam po Vipassanie, co mi pokazuje, jak różnie ten sam organizm może reagować na odmienne formy pracy z umysłem i świadomością.
Zawsze wierzyłam, że praca przez ciało jest dla mnie dobra i miałam wielką wdzięczność za hula, bo wiem, że tam jest mocna praca jak w EMDR, przez koordynację bilateralną i rytmiczny ruch.
Mój komentarz
Jeszcze raz dziękuje autorce za to, że zechciała podzielić się swoją relacją i udzieliła zgody na jej publikację.
Jest ona cenna przede wszystkim ze względu na fakt, że zdecydowana większość relacji z takich retreatów będzie albo pozytywna, albo negatywna – jednak raczej w kontekście nudy czy bólu ciała, a nie problemów psychicznych.
Czy to, czego doświadczyła autorka, jest normalne? Tak, jest to normalne, jednak w takim nasileniu nie jest powszechne.
Najnowsze badania (Van Dam 2025, Britton 2021) pokazują, że około 58% praktykujących doświadcza jakichś negatywnych efektów, przy czym 9% zgłasza poważne upośledzenie funkcjonowania w życiu codziennym. Dla 6-14% osób efekty te są trwałe i mogą utrzymywać się latami.
Kluczowe czynniki ryzyka to:
- Problemy ze zdrowiem psychicznym w ostatnich 30 dniach przed retreatem
- Uczestnictwo w intensywnych retreatach (8-10h medytacji dziennie)
- Historia zaburzeń psychicznych
Najczęstsze „ciężkie” efekty uboczne to: depersonalizacja/derealizacja (uczucie nierzeczywistości świata lub oderwania od własnego ciała), napady paniki, nasilenie lęku, w rzadkich przypadkach psychozy.
Niestety nie ma sposobu, aby w 100% zweryfikować, czy dany efekt uboczny wystąpi u Ciebie, czy też nie – a jeśli wystąpi, to czy jest to element „procesu”, który trzeba przetrwać, czy może objaw problemu psychicznego sygnalizujący, że powinieneś przestać.
Na szczęście – w przeciwieństwie do doświadczeń psychodelicznych – tutaj masz znacznie więcej czasu (i kontroli, jeśli coś by się działo), aby odpowiednio zareagować.
Kilka informacji na temat samej Vipassany w Dziadowicach
Byłem na tym samym odosobnieniu (pod koniec 2025) i też ze swojego doświadczenia odniosę się do pewnych szczegółów, które padły w powyższej relacji:
Kwestia opuszczenia retreatu
Faktycznie jest tak, że decydując się na przyjazd, akceptujesz regulamin, w którym jest napisane, że zostajesz do końca. Oczywiście nikt nie ma prawa trzymać Cię na siłę i w każdym momencie możesz wyjechać, jednak jest taka wewnętrzna zasada, że najpierw trzeba porozmawiać z nauczycielem.
Podczas wykładów nauczyciel mówił, że to, co się dzieje podczas Vipassany, to głęboka praca, którą porównuje do operacji – tylko że na umyśle. Pacjent w połowie operacji nie powinien opuszczać stołu, bo sobie zaszkodzi.
Dlatego wyobrażam sobie, że ta rozmowa z nauczycielem ma powstrzymać ludzi, którzy pod wpływem chwilowego impulsu chcą wyjść – po to, aby upewnić się, czy naprawdę to przemyśleli, czy może działa w nich chwilowy impuls.
Nie wiem, jak wygląda taka rozmowa. Podejrzewam (aczkolwiek proszę o weryfikację), że nie będzie tam dużego nacisku, aby zostać – w sumie nie wiem po co mieliby to robić. I tak odosobnienie jest „bezpłatne”.
Oczywiście sposób, w jaki wolontariusze obeszli się z autorką, mógł pozostawić wiele do życzenia – jednak podejrzewam, że nie wynika to ze złej woli, a raczej z braku doświadczenia. Z tego, co zrozumiałem, na każdym odosobnieniu pomagają inni wolontariusze, którzy mogą nie być przygotowani do odpowiedniego wsparcia osoby w kryzysie psychicznym.
Z drugiej strony, sami prowadzący już na etapie przyjmowania zgłoszeń starają się wyłuskać potencjalne osoby, które mogłyby doświadczyć skutków ubocznych.
Podczas zapisów wypełniasz kwestionariusz z pytaniami o aktualny stan psychiczny, wcześniejsze leczenie psychiatryczne itp. Ja napisałem tam dosłownie kilka zdań (czułem się w pełni stabilnie i nie mam za sobą leczenia psychiatrycznego) i nikt mnie o nic nie dopytywał.
Ale z relacji innych uczestników wynikało, że jeśli ktoś wspomniał np. o stanach depresyjnych czy żałobie, to przed retreatem otrzymywał od ośrodka maile weryfikujące gotowość do udziału. Podczas samego kursu tacy uczestnicy byli wzywani do nauczyciela na rozmowy 1:1, podczas których jeszcze upewniano się czy dana osoba wie na co się pisze.
Jeśli więc obawiasz się, że mógłbyś doświadczyć trudności – szczegółowo opisz swoje wątpliwości w formularzu. Osoby z ośrodka powinny Cię wtedy odpowiednio poprowadzić.
Moja relacja:
Wyżej pisałem o tym, że może być trudno rozpoznać, co jest elementem procesu, a co skutkiem ubocznym wymagającym przerwania praktyki.
Napisałem to, bo czytając relację autorki, uderzył mnie jeden fragment – gdzie opisuje, że czuła, jakby miała zaraz zwariować.
Miałem dokładnie to samo odczucie podczas „godzin determinacji” (szerzej opiszę to niedługo [tutaj będzie link]).
Ja wtedy zinterpretowałem to jako opór umysłu przed wejściem głębiej. W moim przypadku się to sprawdziło – zaraz po tym kiedy się temu “poddałem” nastąpiła ulga i poczucie wejścia na inny poziom praktyki.
Od czego to zależy? Nie wiem. Warto jednak być mentalnie przygotowanym na to, że takie momenty mogą się pojawić.
A jeśli chcesz się dowiedzieć czym w ogóle jest Vipassana w Dziadowicach i jak się przygotować to kilknij tutaj





