vipassana dziadowice jak sie przygotowac

Vipassana w Dziadowicach. Jak przygotować się do 10 dniowego odosobnienia medytacyjnego [2026]?

O słynnym 10-dniowym odosobnieniu słyszałem w podcastach od lat.

Fascynowała mnie wizja całkowitego odcięcia od świata, zakazu rozmów i nakazu wielogodzinnej medytacji.

Zawsze jednak znajdowałem „ciekawsze” rzeczy do roboty niż siedzenie w ciszy przez 10 dni.

Aż przyszedł wrzesień 2025 roku.

Dlaczego w końcu zdecydowałem się na Vipassane?

Nie, nie doznałem nagłego duchowego olśnienia leżąc pod drzewem.

Powód był prozaiczny: rok 2025 najpierw mnie solidnie przekopał, a potem jeszcze trochę poskakał mi po głowie.

Kiedy już się podniosłem i otrzepałem stwierdziłem, że to idealny moment, aby zrobić coś, co odkładałem od lat. Taka okazja długo mogła się już nie powtórzyć (a przynajmniej tego bym sobie życzył xD).

O mnie – z kim masz tutaj do czynienia?

Mam 31 lat. Medytuję od około 10-12 lat – praktycznie codziennie, zazwyczaj po 10-15 minut rano i wieczorem.

Szczerze? Nawet takie krótkie sesje bywały dla mnie mentalnym wyzwaniem.

Nie wykorzystywałem dłużej żadnej konkretnej techniki – po prostu skupiałem się na oddechu, czasem jakiejś mantrze, i obserwowałem swój umysł i ciało.

Nie bałem się nudy ani trudnych emocji – raczej radzę sobie i z jednym, i z drugim dość dobrze.

Bałem się fizyki. Mam lekkie wady postawy, głównie w biodrach, i zastanawiałem się, czy 10 godzin medytacji dziennie mnie nie załatwi. Czasem nawet podczas tych 10-15 minut zaczynałem odczuwać dyskomfort.

Bałem się też głodu. Swego czasu robiłem dość intensywne redukcje masy ciała (łącznie -30 kg) i mam mocno złe skojarzenia z uczuciem przewlekłego głodu.

Do tego na co dzień jestem na poście przerywanym (IF) i pierwszy posiłek jem około 13:00, a tutaj było to odwrócone zupełnie – ostatni posiłek miał być o 11 rano.

Czego oczekiwałem?

Teoretycznie wiedziałem, że może pojawić się wszystko. Ale jak przed doświadczeniem psychodelicznym przygotowałem sobie intencje:

  • Przemyślenie roku i zaplanowanie następnego
  • Skonfrontowanie się z emocjami, których w tym roku było dużo – zakładałem, że któreś mogły zostać zakopane w toku gaszenia różnych pożarów
  • Przeżycie szoku po powrocie do cywilizacji i przeprojektowanie swojego otoczenia

Spoiler: nic z tych rzeczy się nie wydarzyło. A przynajmniej nie bezpośrednio.

Ba, uważam, że taki sam efekt będzie u zdecydowanej większości ludzi. Dlaczego? Czytaj dalej.


Zapisy na Vipassane, czyli jak „zhakowałem” system i dostałem się za pierwszym razem

O tym, jak ciężko się dostać na retreat, krążyły legendy. Słuchając ich miałem wrażenie, że jak tylko pojawi się możliwość zapisu, ludzie już czekają i minutę po otwarciu wszystkie miejsca się rozchodzą.

Niestety to prawda.

Na miejscu dowiedziałem się, że jedna z uczestniczek próbowała się dostać od DWÓCH LAT. Wypełniała formularz dokładnie w momencie startu zapisów i zawsze dostawała odmowę.

Z tego, co się dowiedziałem, trzeba po prostu próbować do skutku – a jak dostaniesz się na listę rezerwową, to nie wszystko stracone. Jest szansa dosłownie do ostatniego dnia, żebyś się dostał. Powyższa uczestniczka dostała potwierdzenie w piątek o 12:00 (a kurs zaczynał się w sobotę o 19:00).

Jak więc mi się udało i to za pierwszym razem?

Wszedłem na stronę ośrodka we wrześniu. Wszystkie terminy albo „full” albo „zamknięte”. Poza jednym – 20.12-31.12, zarezerwowanym dla Czechów i Słowaków.

Zamknąłem stronę. Po chwili przyszła myśl: „pewnie inni też zrezygnują, może to szansa?”.

Zapisałem się przez czeską stronę. Od razu dostałem info – jako Polak automatycznie ląduję na liście rezerwowych. Troszkę posmutniałem – patrząc na moją intencje, termin był wręcz idealny.

Pomyślałem „no trudno, przynajmniej spróbowałem”.

Po dwóch tygodniach dostałem maila: „Gratulacje, jesteś przyjęty”. Grupa czeska nie zajęła pełnego terminu. Czułem się jak dziecko, które dostało prezent na gwiazdkę. I patrząc na termin – trochę tak było.

Wskazówka: Jeśli zależy Ci na konkretnym terminie, a jest on zajęty – celuj w listę rezerwową. Ludzie rezygnują w ostatniej chwili. Logistycznie to uciążliwe, ale to realna szansa na wejście.

Po chwili jednak pojawił się niepokój. Co mnie czeka? Jak się przygotować? Jak to wygląda w praktyce?

Dość szybko okazało się, że w polskim internecie nie ma ŻADNEJ konkretnej informacji o tym, jak to naprawdę wygląda – same ogólne opisy, głównie subiektywnych odczuć, ale też dość pobieżnie przedstawione.

Ten artykuł piszę dla ludzi takich jak ja wtedy – tych, którzy chcą poznać konkrety przed wyjazdem.

Co ciekawe, na pomysł tego artykułu wpadłem około trzeciego dnia podczas medytacji. Szybko tę myśl spacyfikowałem (pilny uczeń), ale z tyłu głowy została.

I oto jest.


Zasady kursu – czyli na co się piszesz jadąc na Vipassane

Zanim się zapiszesz, musisz zaakceptować regulamin (link do pełnej wersji tutaj). To nie jest „sugestia” ani prośba. Warunki te są nienegocjowalne – albo je akceptujesz albo nie powinieneś przyjeżdżać.

Fundamenty moralne

Przez 10 dni obowiązuje Cię 5 zasad:

  1. Nie zabijaj (nawet komara w pokoju, serio).
  2. Nie kradnij.
  3. Nie uprawiaj seksu (tak, masturbacja też się liczy).
  4. Nie kłam (podobno żeby nam to ułatwić, to mamy nakaz milczenia, co pokazuje, jak niską wiarę w nas miał założyciel)
  5. Nie bierz środków odurzających

Szlachetne Milczenie (Noble Silence)

Obowiązuje absolutny zakaz rozmów, gestów i kontaktu wzrokowego z innymi uczestnikami od dnia 0 do przedpołudnia dnia 10. Jesteś w tłumie, ale jesteś sam. Rozmawiać możesz tylko z:

  • Nauczycielem – o technice medytacji, ale tylko w wyznaczonych godzinach i po zapisaniu się na listę.
  • Opiekunem kursu – o sprawach organizacyjnych (np. gdy zepsuje Ci się kran w pokoju).

Poza tym – zero. Zostajesz sam ze sobą.

Pełna izolacja i asceza

Zapomnij o swoim starym życiu. Oddajesz telefon i elektronikę do depozytu. Obowiązuje:

  • Zakaz opuszczania terenu kursu – to jest wewnętrzny obszar wydzielony z terenu ośrodka. W praktyce nie masz nawet dostępu do swojego samochodu na parkingu (i rzeczy które tam zostawiłeś).
  • Separacja płci: Kobiety i mężczyźni mają oddzielne strefy, jadalnie i ścieżki do spacerowania. Zero kontaktu, nawet jeśli przyjechałeś z partnerem.
  • Zakaz rozrywek: Nie wolno czytać, pisać (notatniki są zabronione!), ćwiczyć, śpiewać, słuchać muzyki itp.
  • Skromny strój: Zakryte ramiona i kolana.

Wchodzisz w tryb życia mnicha. Twoim jedynym zadaniem jest medytacja, sen i jedzenie.

Gdzie to jest i jak dojechać na Vipassane?

Ośrodek znajduje się w Dziadowicach koło Malanowa. Lokalizacja została chyba wybrana strategicznie: jest to dokładnie pośrodku niczego, w połowie drogi między Łodzią, Wrocławiem a Poznaniem.

jak dojechać na vipassane w dziadowicach

Jak więc dojechać?

  • Samochodem: Wbijasz w GPS i jedziesz. To najprostsza opcja. Koordynaty wraz z pełną instrukcją dostaniesz na maila (chwilę jedzie się przez las).
  • Komunikacją publiczną: Tu zaczynają się schody. Komunikacja dojeżdża najbliżej do Turku lub Malanowa, ale kursuje rzadko (w dniu mojego przyjazdu był… jeden autobus do Turku i zero do Malanowa). W dniu zero ośrodek wysyła swoją taksówkę do tych miasteczek 3x dziennie.
  • Tablica ogłoszeń: Po zapisaniu się dostaniesz link do arkusza, gdzie ludzie oferują lub szukają podwózki. Panuje tam lekki chaos – ludzie nie zawsze odpisują, trudno się dogadać. Mnie uratował czysty fart: dzień przed wyjazdem odezwała się dziewczyna z Krakowa, która właśnie wskoczyła na listę i miała wolne miejsce. Na wszelki wypadek miałem już ogarnięty jednak dojazd komunikacją do Turku (Kraków → Łódź, Łódź → Turku).

Ważne: Powrót (Dzień 11) jest trudniejszy, bo ośrodek nie wysyła taksówki, która Cię podrzuci do Turku lub Malanowa.
Telefon odzyskujesz około 6:30 rano, w ośrodku prawie nie ma zasięgu, a Ty musisz się jeszcze spakować i posprzątać pokój. Nie licz na „ogarnięcie czegoś na spontanie” przez internet. Na szczęście 10. dnia nauczyciele organizują spotkanie, gdzie parują osoby bez transportu z tymi, którzy mają wolne miejsca w autach. Z tego, co patrzyłem, to nikt nie został na lodzie.


Co zabrać na Vipassane? Rozwinięcie oficjalnej listy

Dostaniesz oficjalną listę na maila (ręczniki, ciuchy na 12 dni itp.), ale jest kilka rzeczy, o których instrukcja mówi mętnie albo wcale, a które mogą zwiększyć Twój komfort:

  • JEDNA para butów + klapki: Instrukcja dotycząca butów jest zagmatwana. W praktyce potrzebujesz: butów do chodzenia na zewnątrz i klapek do jadalni. Wiele osób tego nie zrozumiało i zimą biegało po jadalni w skarpetach. Nie polecam.
  • Budzik turystyczny (na baterie): Zapomniałem, że takie ustrojstwo istnieje. Smartfony i smartwatche lądują w depozycie. Ośrodek ma swoje budziki, ale to „cmentarzysko” kilkudziesięciu sfatygowanych urządzeń. Mi trafił się niedziałający i jak patrzyłem na reakcje innych którzy sprawdzali swoje – efekt był podobny. Lepiej miej swój, chyba że masz tak lekki sen, że obudzi Cię gong na zewnątrz (o 4 rano? ryzykowne).
  • Własna poduszka do medytacji: Na miejscu są poduszki, ale od drugiego dnia ludzie budują z nich skomplikowane konstrukcje, byle tylko przestało boleć. Ja wziąłem swoją (model XL, 20×45 cm) i to był strzał w dziesiątkę. Im większa i stabilniejsza, tym lepiej. Przetestuj ją w domu!
Mój model to ten największy, kupiłem tutaj – i jest genialna – praktycznie jako jeden z nielicznych nie potrzebowałem żadnych dodatkowych wspomagaczy. Na bank znajdziesz taniej (np w Decathlonie).

Są też różne inne akcesoria jak np. ławki do medytacji. Polecam poczytać – widziałem, że sporo ludzi używało.

  • Zatyczki do uszu: Nie miałem, ale widziałem, że niektórzy stosują. W hali medytuje jednocześnie około sto osób. Ilość dźwięków (wiercenie się, kaszel, kichanie, wchodzenie, wychodzenie) jest… duża. Mi to nie przeszkadzało – dla mojego umysłu to była wręcz rozrywka przy tak małej ilości bodźców, ale warto rozważyć.
  • Opaska na oczy: Realnie wychodzi około 6 h snu na dobę – ja nadrabiałem to podczas szybkich drzemek w trakcie przerw – opaska bardzo to ułatwiała.
  • Spray do nosa/chusteczki: Okres zimowy = dużo osób chorych, roznosi się – 6 dnia dopadło i mnie. Niestety nie miałem sprayu i mocno się męczyłem.

Dzień Zero – Porzućcie wszelką nadzieję wy, którzy tu wchodzicie

Przyjeżdżasz, wypełniasz ostatnie dokumenty, oddajesz telefon i portfel do szafki.

Szafka zostaje zasłonięta roletą – nie zobaczysz swoich rzeczy przez najbliższe 10 dni. W razie sytuacji kryzysowej zostawiasz rodzinie numer do ośrodka, pod który mogą zadzwonić – wtedy ktoś z obsługi odbierze i przekaże Ci informację gdyby coś się stało.

Około 18-19 jest lekki posiłek (zupa), potem zaczyna się spotkanie organizacyjne, a po nim Szlachetne Milczenie i oficjalny start kursu.

Pro-tip: Od momentu zarejestrowania się do czasu posiłku masz czas dla siebie. Wykorzystaj go mądrze: wypakuj się, zaściel łóżko, ogarnij przestrzeń. Po wieczornej medytacji najlepiej od razu iść spać. Jeśli zaczniesz się rozpakowywać po 21:30, realnie zostanie Ci 4-5 godzin snu do pierwszej pobudki i pierwszy dzień będzie mordęgą. Wiem bo miałem wątpliwą przyjemność tego doświadczyć.

Pierwsza wspólna medytacja odbywa się o 20:00. Dostajesz wtedy swoje stałe miejsce na sali (numer na macie). To będzie Twój „dom” przez najbliższe ~100 godzin. Radzę od razu zająć dodatkowy koc lub poduszkę z ogólnodostępnego stosu – potem mogą zniknąć.

Od tej chwili świat zewnętrzny przestaje istnieć. Jesteś tylko Ty, Twój oddech i ból, który zaraz się pojawi.


Typowy dzień na Vipassanie, czyli 10 godzin medytacji

Dni na Vipassanie są do bólu powtarzalne. To celowy zabieg – monotonia ma wyciszyć bodźce i zmusić Twój umysł do zajęcia się samym sobą.

Harmonogram dnia:

  • 04:00 – Pobudka (gong). Najtrudniejszy moment dnia.
  • 04:30 – 06:30 – Pierwsza medytacja.
  • 06:30 – Śniadanie (najlepszy moment dnia).
  • 08:00 – 11:00 – Blok medytacyjny.
  • 11:00 – Obiad i najdłuższa przerwa (drzemka wchodzi tu jak złoto).
  • 13:00 – 17:00 – Blok medytacyjny.
  • 17:00 – Herbata i owoc (to Twoja „kolacja”).
  • 18:00 – 19:00 – Wspólna medytacja.
  • 19:00 – 20:15 – Wykład wieczorny.
  • 20:30 – 21:00 – Ostatnia medytacja.
  • 21:0021:30 – Czas na pytania i sen.

Wskazówki na konkretne dni:

  • Dzień 1: To będzie dzień cierpienia. Mało snu, ból ciała, głód, szok poznawczy. Po prostu to zaakceptuj i postaraj się dotrwać do wieczora. Zmniejsz oczekiwania wobec siebie. Jeśli pojawisz się na sali, to już jest sukces. Świadomie też zacznij badać, ile jedzenia potrzebujesz, żeby czuć się ok. Jutro będzie lepiej.
  • Dzień 4: Wchodzi technika skanowania ciała. U mnie pojawiła się wtedy frustracja – „już złapałem, o co chodzi, a tu znowu pod górkę”. Gubiłem się w zapamiętywaniu części ciała i tym, jak mam je skanować. Pomógł mi trik: wyobrażałem sobie małego „ludzika”, który spaceruje po moim ciele i dotyka poszczególnych partii. To uczyniło proces bardziej namacalnym. Do tego pozwoliło mi to obserwować, jak ten ludzik się męczy i co na to wpływa, ale to opiszę później.

Jakie jedzenie jest na Vipassanie i jak nie paść z głodu?

Jako osoba aktywna fizycznie, z nakręconym metabolizmem, bałem się głodu najbardziej.

I słusznie – byłem głodny jak cholera.

Oto moje wnioski po 10 dniach

Śniadanie (06:30): Twoja baza paliwowa

To szwedzki stół – stosunkowo duży wybór, ale raczej rzeczy wegańskie + jogurt grecki, trochę żółtego sera i masła. Moja strategia: owsianka lub jaglanka z owocami, jogurtem greckim i dużą ilością masła orzechowego. Do tego kanapki z guacamole i serem oraz masłem orzechowym i dżemem (<3).

Myślę, że udało mi się pobić nieoficjalny rekord Guinnessa w kategorii “największa ilość masła orzechowego na jednej kromce chleba”.

Pro-tip: Tłuszcz i białko dają sytość. Pod koniec kursu dowiedziałem się, że jeden z uczestników zjadał do śniadania jakieś 75 g zwykłego masła (prawie pół kostki xD). To genialny sposób na „oszukanie” żołądka na dłużej… albo na medytowanie cały dzień w toalecie (jeśli nie jesteś przyzwyczajony do takiej ilości tłuszczu). Ja zostałem przy maśle orzechowym.

Obiad (11:00): Pułapka objętości

Też szwedzki stół, ale tak naprawdę wyboru nie ma – po prostu decydujesz, ile nałożysz na talerz tego, co podają. Obiady są wegańskie. Dużo warzyw, mało kalorii. Możesz zjeść pełny talerz, czuć się ociężałym i zapchanym, ale za dwie godziny będziesz znów głodny. Jadłem znacznie powyżej progu komfortu, żeby dociągnąć do rana, a i tak od około 18 już się męczyłem. W smaku ok. Codziennie coś innego, czasem też deser.

„Kolacja” (17:00) i mój patent z imbirem

Nowi uczniowie do herbaty dostają jabłko i/lub pół banana. To wszystko.

Żeby zasnąć bez ssania w żołądku, stosowałem patent, który kojarzył mi się rodem z oblężonego Stalingradu.

W jadalni stał gar z wodą imbirową, a na jego dnie zostawały fusy z imbiru – normalni ludzie po prostu brali samą wodę. Ja starałem się nabrać jak najwięcej fusów do kubka termicznego i przed snem jednym haustem je wszystkie połykałem. Zapychało żołądek i pozwalało zasnąć.

Autentycznie podczas nabierania tych fusów miałem klimat jakby zaraz miał przyjść strażnik, wziąć mnie pod ścianę i rozstrzelać xD (oczywiście to wytwór mojej głowy). Dla takich chwil warto żyć.

Uwaga – podczas rozmów z innymi uczestnikami 10 dnia, wyszło na to, że byłem tym który z powodu głodu cierpiał najbardziej. Większość mówiła, że od około 5 dnia już czuli się ok.


Technika: retreat medytacyjny czy obóz wojskowy?

Vipassana w Malanowie to nie są stereotypowe „duchowe przeżycia” czy łapanie jedności z wszechświatem. To surowy, techniczny kurs. Nie wiem, czy żołnierze służb specjalnych przechodzą jakiś specjalny trening mentalny. Ale jeśli nie – to tak bym go sobie wyobrażał.

Etap 1: Anapana (Dni 1-3)

Przez pierwsze 30 godzin robisz tylko jedno: obserwujesz trójkąt między nosem a górną wargą. Masz poczuć oddech. Tylko tyle i aż tyle.

Co to znaczy w praktyce?

Zauważasz to kilka tysięcy razy dziennie. Dosłownie.

To potwornie frustrujące, umysł krzyczy z nudów, ale ma to wyostrzyć Twoją koncentrację i kontrolę nad uwagą.

Na tym etapie zobaczysz, jak szalona jest Twoja głowa.

Ja pierwszego dnia traciłem koncentrację kilkadziesiąt(!) razy na godzinę, za każdym razem budząc się w nowym filmie wygenerowanym przez mój chory umysł. Tego nie da się odzobaczyć.

Jeśli zaczynasz się w tym gubić, myśleć o tym, analizować – znaczy, że przestałeś medytować i dałeś się wciągnąć.

Efekt tej techniki poczułem dopiero 3 dnia.

Po raz pierwszy w życiu (na trzeźwo) naprawdę poczułem, czym jest nieidentyfikowanie się z ŻADNYM stanem. Traktowanie ich wszystkich jednakowo – jako chwilowego, ulotnego “czegoś”.

Etap 2: Vipassana (Dzień 4+)

Zaczynasz skanować ciało od czubka głowy po palce stóp. Uczysz się obserwować ból, swędzenie czy mrowienie bez reagowania na nie. To samo tyczy się Twoich myśli i reakcji emocjonalnych na te doznania. Czysta tortura – przede wszystkim dla umysłu.

A żeby nie było za łatwo, od tego dnia wchodzą też „ukochane” przez wszystkich:

Godziny determinacji (Adhiṭṭhāna)

Od 4. dnia, trzy razy dziennie, odbywają się sesje, podczas których przez godzinę nie wolno Ci zmienić pozycji. Uczysz się, że ból jest tylko sygnałem, który pojawia się i znika, a Ty nie musisz być jego niewolnikiem. Brzmi groźnie – jednak jest to możliwe. Właśnie podczas tych godzin widziałem, że robię największe postępy i faktycznie poczułem, co to znaczy, że większość cierpienia wynika z walki z nim.

Oczywiście nikt Cię nie pobije, jeśli zmienisz pozycję – ale powinieneś to robić jak najbardziej subtelnie, żeby nie rozpraszać innych.

Kilka tipów co do medytacji

Pozycja do medytacji

Zmieniaj poduszkę, dokładaj kolejne. Nie bój się eksperymentować.

Dopiero 5 dnia odkryłem swoją idealną pozycję. Traktuj ból jak informacje. Twoje ciało samo będzie dawało Ci wskazówki jak się ustawić podczas kolejnej godziny.

Rozejrzyj się po sali co robią inni – jest to źródło sporej inspiracji.

Uważam, że ostatniego dnia powinna być przydzielana nagroda za wybudowanie najbardziej kreatywnej konstrukcji z koców i poduszek, która ma za zadanie zniwelować ból.

Zostawaj w sali

Nie odpuściłem żadnej medytacji w sali i Tobie też polecam.

W pokoju, kiedy nikt na Ciebie nie patrzy – łatwiej jest odpuścić. Położyć się. Zasnąć.

W sali wiesz, że inni na Ciebie patrzą. A kiedy wiesz, że też się męczą – jest raźniej.

Z sali (poza godzinami determinacji) możesz wchodzić i wychodzić kiedy chcesz. Chcesz się porozciągać? Zrób to w przedsionku po czym wróć na matę. Im bardziej się zaangażujesz tym więcej wyniesiesz.

Poranna medytacja

Jak się medytuje o 4:30 po 6 godzinach snu?

Źle.

Ale nie odpuściłem żadnej i Tobie też polecam.

Traktowałem to jako rozgrzewkę przed resztą dnia i nie zmuszałem się, żeby było idealnie – dla mnie sukcesem było po prostu pojawić się na sali. Wiedziałem, że śniadanie też będzie lepiej smakowało i potem mentalnie też będzie łatwiej.

Ciekawa obserwacja – umysł przez sen pracuje nad optymalizacją postawy.

Wszystkie najciekawsze pomysły, jak zmienić pozycję, wpadały mi właśnie podczas porannej medytacji.

Jak się nie zniechęcić? Prosty trick psychologiczny

Zastosowałem tutaj podstawową metodę psychologiczną – budowanie sprawczości. To, z czego się rozliczałem, to:

  • Czy pojawiam się na sali o danej godzinie?
  • Czy siedzę do końca?
  • Czy przerywam pętlę myśli, jak tylko sobie to uświadomię?
  • Czy wykonuję skan ciała, jak tylko sobie przypomnę?

Czyli z rzeczy które są w 100% zależne ode mnie.

Dzięki temu przez cały kurs zbierałem małe wewnętrzne sukcesy, co pozwalało w momentach kryzysu kontynuować pracę.

Wykłady wieczorne

Słuchasz nagrań S.N. Goenki (założyciela szkoły). Jest to całkowite odwrócenie tego, co jest na innych kursach – tutaj najpierw jest praktyka, a potem teoria, co bardzo fajnie działa.

Wszystko jest tłumaczone logicznie – dlaczego oddech, a nie mantra? Dlaczego cisza? Po co są godziny determinacji?

Nie ma tutaj żadnej filozoficznej indoktrynacji.

Wykłady w większości są ciekawe i dobrze adresują pytania, które mogły się pojawić w trakcie dnia.

Ogólnie cały pobyt tutaj jest w formie “kursu”. Przez 10 dni jesteś stopniowo wprowadzany w technikę, coraz głębiej i głębiej.

Wszystko czego nas uczyli wydawało się logiczne i przemyślane – nie ma chyba żadnej rzeczy, którą masz wziąć na wiarę „bo tak”. Taka postawa zresztą często jest wyśmiewana przez samego prowadzącego.


Jeśli pojawiają się wątki duchowe (np. karma) to nauczyciel i tak mówi, że możesz je odrzucić jeśli są z Tobą sprzeczne. Przestrzegać masz tylko praktycznej części techniki.


Zakwaterowanie i teren ośrodka w Dziadowicach

Tę ścieżkę pokonasz kilkaset razy tam i z powrotem. Obok jest też mały lasek – i to cały teren kursu. Jednak z każdym kolejnym dniem zaczniesz zauważać coraz więcej szczegółów otoczenia. Magiczne było oglądanie porannego szronu na tych lampach od 3 dnia kiedy umysł już się wyciszył. Źródło zdjęcia

Ośrodek w Dziadowicach jest podobno jednym z najlepszych w Europie. Został zbudowany i zaprojektowany od podstaw tak, aby sprzyjać praktykowaniu Vipassany i przestrzeganiu zasad. Nie jest to luksusowy hotel, ale standard jest naprawdę przyzwoity.

  • Pokoje: Jednoosobowe, z własną łazienką (prysznic). Są czyste, schludne, ale bardzo ascetyczne (szare ściany, łóżko, szafka, mata). Co ciekawe – w drzwiach nie ma zamków. Poduszki wygodne 🙂
  • Ważna zasada: W dniu wyjazdu (Dzień 11) Twoim obowiązkiem jest dokładne wysprzątanie pokoju według instrukcji. Wchodzisz do czystego miejsca i zostawiasz po sobie czyste miejsce.
  • Teren: Mały lasek, sala medytacyjna, jadalnia i domki. To Twój cały świat. Przejście „trasy spacerowej” tam i z powrotem zajmuje około 20 minut. To jedyna dozwolona aktywność fizyczna.

Ile kosztuje pobyt na Vipassanie? Kwestia „Dana”

To jeden z ciekawszych aspektów Vipassany. Za kurs nie płacisz ani grosza – ani za jedzenie, ani za nocleg, ani za naukę. Dlaczego?

Założyciel szkoły tłumaczył, że gdy istniały choćby symboliczne opłaty (np. za jedzenie), uczestnicy zaczęli zachowywać się jak “klienci”. Pojawiały się roszczenia: „jedzenie jest niedobre”, „materac za twardy” i nawet jeśli pozostwały one tylko w głowach ucznioów – to już samo to niepotrzebnie rozprasza.

Brak opłaty stawia Cię w pozycji mnicha, który przyjmuje to, co otrzymał od innych.

Jak to działa w praktyce?

Twoje 10 dni zostało opłacone przez darowizny osób, które ukończyły kurs przed Tobą. Ostatniego dnia Ty możesz (ale nie musisz) wpłacić darowiznę (Dana), która sfinansuje pobyt komuś innemu. Nie ma sugerowanych kwot. Wpłacasz tyle, ile uważasz za słuszne i na ile Cię stać. Możesz też oczywiście zapłacić w dowolnym innym momencie po kursie – robiąc wpłatę na konto.

  • Ciekawostka: Wpłata idzie na konto fundacji, więc jeśli prowadzisz firmę, możesz ją odliczyć od dochodu jako darowiznę.

Podsumowanie Vipassany – czy zrealizowałem swoje intencje?

Wróćmy do moich oczekiwań z początku artykułu. Czy przemyślałem rok? Czy zaplanowałem przyszłość? Czy spotkałem się z „zakopanymi” emocjami?

Krótka odpowiedź: Nie.

Podczas medytacji każdą myśl o planowaniu przyszłości czy analizowaniu przeszłości “traktowałem” techniką czyli po prostu wracałem albo do oddechu albo skanu.

Oczywiście na początku pojawiło się rozczarowanie i dylemat – „a może jednak poświęce ten czas na rozmyślania zamiast medytacji?” ale szybko go rozwiązałem. Uznałem, że planować mogę w domu, a tutaj mam rzadką okazję doświadczyć czegoś, czego być może nie powtórze już do końca życia.

Nawet jeśli nic mi to nie da, to będę wiedział, że przynajmniej spróbowałem.

I nauka przyszła, ale z zupełnie innej strony.

Co biorę ze sobą?

Nauczyłem się, że wszystko płynie.

Brzmi to banalnie, dopóki nie poczujesz tego w praktyce. Nauczyłem się obserwować wszystkie stany (ból, głód, irytację, smutek, euforię) bez natychmiastowej reakcji. To nie jest (dla mnie) nic nowego – jednak podczas 100 godzin miałem okazję doświadczyć tego na poziomie, który był nieosiągalny do tej pory.

Od tego czasu mój proces decyzyjny coraz mniej bierze pod uwagę, czy coś będzie przyjemne czy nieprzyjemne, łatwe czy trudne, czy ktoś to pochwali czy skrytykuje.

Skrócił się do: „Czy tego chcę?

Jeśli tak – konsekwencje w postaci trudu, dyskomfortu, trudnych emocji… wiem, że po prostu przeminą.

Do tego

  • po powrocie zauważyłem, że mam bardzo dobry kontakt ze sobą. Sporo dylematów, które miałem przed wyjazdem po prostu zniknęła – decyzje stały się dla mnie oczywiste. Świadomość konsekwencji też mnie już nie powstrzymywała, z automatu traktowałem je jako coś co nawet jeśli będzie nieprzyjemne… po prostu minie 🙂
  • bardzo łatwo przychodzi mi teraz rezygnacja z „przyjemności” i rytuałów, które robiłem już chyba z przyzwyczajenia – choć same w sobie nie były toksyczne – zajmowały mi przestrzeń czasową i mentalną, spowalniając realizację tego, co jest dla mnie teraz ważne. Teraz łatwiej mi pogodzić się z ich utratą w imię mniejszego cierpienia i większej przyjemności w przyszłości. Mam wrażenie, że wcześniej trzymałem się ich z poziomu „obrażonego dziecka”, które nie chce oddać zabawki, którą już się nie bawi – „bo tak”.
  • łatwiej zdystansować mi się do moich fundamentalnych przekonań – mam wrażenie, że nie ma obecnie dla mnie przekonania które uważałbym za „prawdę” – nawet jeśli obecnie jest ono jakimś fundamentem mojej tożsamości. Czyli łatwiej w zgodzie z terapią ACT stosować mi kryterium użyteczności („czy jeśli będę wierzył, że to prawda to czy zbliży mnie to do życia jakie chce prowadzić?”)

Dla kogo jest (a dla kogo nie jest) Vipassana?

Jedź, jeśli:

  • Szukasz konkretnego narzędzia, a nie „duchowych teorii”.
  • Jesteś gotowy na fizyczny i psychiczny dyskomfort.
  • Potrafisz funkcjonować w surowych, niemal wojskowych warunkach.
  • Chcesz sprawdzić, gdzie leżą granice Twojej wytrzymałości psychicznej i (trochę) fizycznej.

Może Ci się nie spodobać, jeśli:

  • Szukasz luksusowego retreatu z jogą i masażami.
  • Potrzebujesz minimum 8-9 godzin snu, żeby funkcjonować.
  • Chcesz po prostu „przemyśleć sobie życie” (do tego lepsze będą góry i samotna chata).
  • Masz bardzo niski próg tolerancji na wegańskie jedzenie.

Przykład relacji osoby, która musiała opuścić retreat z powodu pogorszenia stanu psychicznego

Vipassana to nie wakacje. To obóz treningowy dla Twojego umysłu. Surowy, nudny i momentami bolesny.

Ale jeśli wytrwasz do 11. dnia, wyjdziesz z ośrodka z „oprogramowaniem”, którego nie kupisz na żadnym innym kursie rozwoju osobistego. Tutaj nie jest zmieniany Twój mindset, tylko zmieniane jest Twoje podejście do jakiegokolwiek mindsetu – jako czegoś co ostatetcznie jest tylko filtrem i wytworem Twojej głowy.

Wymaga to jednak dużego zaangażowania po Twojej stronie – nikt nie mówi, że będzie inaczej. Samo pojawienie się na kursie to może 20% sukcesu, pozostałe 80% to Twoja praca.

Samej teorii/filozofii jest tutaj jak na lekarstwo, wyniesiesz stąd dokładnie tyle, ile sam wypracujesz podczas zajęć praktycznych.

FAQ – Pytania od czytelników

Pytanie: W jakim języku jest kurs? Czy trzeba znać język angielski?

Z tego co rozumiem, kurs jest zawsze prowadzony w dwóch językach: języku wiodącym (który może się zmieniać) + język angielski (zawsze dostępny).

Przykład z mojego doświadczenia: Byłem na edycji czeskiej, więc językiem głównym był czeski. Opiekunowie kursu byli Czechami, którzy dodatkowo mówili po angielsku. Nauczyciel medytacji podczas rozmów face to face zwracał się do nas po angielsku – więc jeśli ktoś mówił tylko po czesku, opiekun kursu służył mu za tłumacza. Jeśli ktoś był Polakiem i nie mówił ani po czesku, ani po angielsku – miał problem.

Opiekunowie mówiąc o sprawach organizacyjnych mówili do nas najpierw po angielsku, a potem po czesku.

Do tego:

  • Instrukcje podczas medytacji są puszczane najpierw po angielsku, a potem w języku wiodącym
  • Wykłady główne – tutaj masz 3 opcje:
    1. Zostać na sali i słuchać po angielsku
    2. Iść do pokoju obok i słuchać w języku wiodącym
    3. Iść do jadalni, gdzie z iPoda możesz słuchać nagrań wykładów w różnych językach (polski, hiszpański, rosyjski itp.)

Podsumowanie: Jeśli dobrze rozumiesz po angielsku – możesz jechać na dowolną edycję (ale upewnij się wcześniej). Jeśli nie rozumiesz angielskiego – celuj tylko w edycje polskie.

Pytanie: Czy podczas kursu wydarzyły się jakieś „krzywe akcje”?

Nie, a przynajmniej o niczym mi nie wiadomo. Były za to zabawne sytuacje:

Historia #1 – Przemycone jedzenie:

Jedna z osób po kursie opowiadała mi, że korzystając z toalety w jadalni kilka razy znalazła w jednej kabinie schowaną miskę z przemyconym jedzeniem. Tak jakby ktoś część sobie odkładał i później dojadał w toalecie albo zabierał to jakoś do pokoju. Nie mam pojęcia o co chodziło, ale strasznie mnie to rozśmieszyło.

Historia #2 – Chodzenie na czworakach:

Podczas spaceru po lasku, chyba 8. dnia, zauważyłem na ziemi odbite ludzkie dłonie. Samo w sobie nic dziwnego, ale tych odbić było kilkanaście – tak jakby ktoś chodził na rękach. Autentycznie zacząłem się zastanawiać, czy mi się nie odkleja od tego odosobnienia.

Ostatniego dnia podzieliłem się tym z chłopakami, z którymi rozmawiałem i okazało się, że to jeden z nich. Podczas spaceru nagle poczuł ochotę dotknąć śniegu i tak mu się spodobało, że przeszedł kilka metrów na czworakach. Ciekawe, jaka byłaby reakcja, gdyby ktoś akurat szedł przez las i zobaczył przez siatkę, co się wyprawia na tej Vipassanie xD

Pytanie: Co sądzisz o osobach, które tam przyjechały? Czy wyglądały, że wiedzą gdzie są, czy raczej nie wiedziały i ewidentnie nie potrafiły się odnaleźć?

Moje pierwsze wrażenie – jest tu sporo osób po przejściach. Ale nie wiem, czy nie wynikało to z klimatu, jaki tam panował (wszyscy milczą, ogólnie grobowa atmosfera), który mnie zaskoczył na początku.

Z drugiej strony od razu pojawiła się kolejna myśl – przynajmniej wiedzą po co przyjechali i nie bawią się w small talki. Tak samo podczas samego retreatu – ani razu nikomu nie wymknęło się słowo, nikt nie próbował zaczepić innych ani łamać reguł (przynajmniej publicznie). Więc albo wiedzieli na co się piszą, albo dość szybko się zaadaptowali.

Pytanie: Czy czułeś się bezpiecznie?

Ogólnie tak, ale było jedno dziwne uczucie, które miałem nie tylko ja, ale też większość innych uczestników.

Działo się to zawsze podczas ostatniej medytacji o 21:00, kiedy teoretycznie wszyscy już powinni być w sali. Ośrodek w środku lasu, na zewnątrz ciemno, zupełna cisza, a nagle słyszysz, że ktoś wchodzi do budynku. Mi czasem odpalała się wizja, że do środka wchodzi zamachowiec z bronią aby nas powystrzelać. O dziwo, innym też się takie rzeczy przewijały przez głowę. W praktyce był to zazwyczaj któryś z wolontariuszy, który pewnie coś musiał przed końcem dnia ogarnąć.

Poza tym czułem się bezpiecznie. Świadomość, że śpię w pokoju bez zamka nie przeszkadzała mi, aczkolwiek czasem zastanawiałem się – co by się stało, gdyby ktoś próbował wtargnąć na teren ośrodka i zrobić nam krzywdę? Nie wiem, czy brama jest na noc zamykana i czy ktoś ją obserwuje.

Pytanie: Czy doświadczyłeś lęków i koszmarów?

Nie, a przynajmniej nie więcej niż zwykle. Sny były standardowe, może trochę wyraźniejsze, ale bez przesady.

Pytanie: Jaka atmosfera panuje na kursie? Czy czułeś się “goszczony”?

Atmosfera jest wyraźnie „neutralna” – NIE czułem się goszczony, ale wydaje mi się, że to naturalna część tego retreatu. Żebyś poczuł się goszczony, ktoś musiałby dopytywać czy wszystko w porządku, być dla Ciebie miły podczas obsługi, wymieniać z Tobą uśmiechy i miłe spojrzenia podczas spotkań. Siłą rzeczy to wszystko jest tutaj zakazane.

Obsługa retreatu przez większość czasu działa jak duchy – robią to, co do nich należy, ale nie wchodzą z Tobą w interakcje, ani Ty z nimi. Nauczyciel i opiekun tak samo ograniczają się do przekazywania możliwie neutralnych informacji – ma nie powstać więź między wami, bo już to zaburzyłoby kontakt z samym sobą.

Pomimo tej świadomości, miałem subiektywne odczucie, że jestem NIE MILE WIDZIANY, ale nie mam na to żadnych dowodów. Świadczy to o tym, że prawdopodobnie uruchomił się u mnie jakiś schemat: „jeśli ktoś nie okazuje, że mnie lubi, to pewnie mnie nie lubi/przeszkadzam mu” – biorę to sobie pod dalszą obserwację.

Pytanie: Jak podejść do opłaty, bez subiektywnej oceny?

Nie da się. 🙂

Ja zapłaciłem tyle, ile subiektywnie uważałem, że kosztował mój pobyt + lekką nadwyżkę w ramach podziękowania.

Ciekawostka: Praktycznie cały kurs obsługiwany jest przez wolontariuszy. „Danę” możesz też oddać po prostu zgłaszając, że będziesz służył podczas innego terminu. Moim zdaniem jeśli ktoś ma czas i chęć, to jest to znacznie bardziej wartościowe dla ośrodka niż nawet spora kwota pieniędzy.

Pytanie: Czy można zrezygnować? Ile osób odpadło?

Tak, możesz wyjść w każdym momencie. Jest jednak zasada, że przed opuszczeniem kursu masz jeszcze rozmowę z nauczycielem – nie wiem jak dokładnie ona przebiega.

Po męskiej stronie odpadły 3-4 osoby (poznałem po tym, że ich maty się zwolniły). Z tego co wiem, po stronie żeńskiej było podobnie. Szacuję, że to trochę mniej niż 10% uczestników.

Pytanie: Czy jest ciepło? Czy marzłeś? Czy mogę się okryć w trakcie medytacji?

Byłem w zimie, więc mogę powiedzieć jak to wyglądało wtedy.

W pokoju: Panuje temperatura pokojowa lub leciutko poniżej. Na pewno po prysznicu miałem ochotę jak najszybciej wskoczyć pod kołdrę, ale wciąż było to w granicach komfortu.

Na sali medytacyjnej: Podobnie, ale jednak bezruch dość mocno wychładzał. Szczególnie podczas porannej medytacji o 5-6 rano był odczuwalny chłód.

Co możesz zrobić: Możesz owijać się kocami – dostajesz jeden na start, potem możesz dobierać kolejne. Możesz też mieć swój. Ja miałem jeden koc narzucony na plecy i drugi na nogi. Widziałem, że niektórzy ubierali dodatkową parę skarpet na czas medytacji.

Pytanie: Czy są na sali poduszki czy trzeba mieć swoją? Czy można mieć coś pod kolana?

W przedsionku sali jest kilkadziesiąt poduszek w średnim rozmiarze – całkiem wygodne. Jednak jak przyniosłem swoją dużą poduszkę, to był game changer. Możesz też dobierać później te, które zostały.

Pod kolana: Możesz mieć wszystko w ramach rozsądku – ludzie tam budowali z koców i poduszek przeróżne konstrukcje.

Jeśli ciało nie daje rady: Możesz poprosić o krzesło. Wtedy dostajesz osobne miejsce na końcu sali – kilka osób z tego korzystało.

Pytanie: Czy medytacja odbywa się tylko w pozycji siedzącej, czy np. w pokojach można medytować leżąc?

Na sali tylko w pozycji siedzącej. W pokoju możesz robić co chcesz – nikt cię nie sprawdza.

Podczas wykładów nauczyciel jednak odradzał leżenie na łóżku – w 9 na 10 przypadków kończy się to zaśnięciem.

Pytanie: Jak wytrzymałeś bez ruchu i ćwiczeń?

Obawiałem się tego, bo na co dzień jestem bardzo aktywny. O dziwo, tutaj w ogóle mi tego nie brakowało.

Zastanawiałem się nad tym i myślę, że kilka rzeczy sprawiło, że byłem na tyle zmęczony, że nie potrzebowałem dodatkowego ruchu:

  • Mało snu (~6 godzin)
  • Mało jedzenia
  • Siedzenie w jednej pozycji jednak jest męczące

Poza szybkim spacerem przerwy wolałem wykorzystywać na drzemki albo leżenie, żeby ciało odpoczęło.

Pytanie: Czy jest dużo kurzu i czy jest czysto?

Zero kurzu, bardzo czysto. Na końcu musisz doprowadzić swój pokój do takiego samego stanu.

Pytanie: Czy mogę mieć kosmetyki do pielęgnacji?

Tak, jedyne ograniczenie jest takie, aby nie pachniały intensywnie. Chodzi o to, żeby nie rozpraszać innych swoim zapachem.

Pytanie: Czy można mieć leki? np. na alergie, inhalator na astmę?

Polecam pytać bezpośrednio ośrodek – tutaj nie wiem na pewno.

Pytanie: Czy jest dostęp do wody pitnej? Czy do posiłków są ciepłe napoje?

“Tak” na obie rzeczy. Woda w kranie w pokoju jest wodą do picia. Do tego w jadalni jest takie „urządzenie” z wrzątkiem, a obok są herbaty, kawa itp. Może jedzenia jest mało ale pić można do oporu.

Pytanie: Jak to jest 10 dni nie mówić?

Zaskakująco łatwo. Ale ja ogólnie mam, odkąd pamiętam, bardziej rozbudowany dialog wewnętrzny niż zewnętrzny, więc może dlatego 🙂

Dziwnie jest odezwać się 10. dnia do pierwszej osoby – ale po pierwszych zdaniach idzie już płynnie i potem przez resztę dnia nie można się nagadać o swoich wrażeniach.

Pytanie: Czy brakowało mi „głosu” innych ludzi?

Nie, przez to że w trakcie kursu zaskakująco dużo słów do Ciebie dociera:

  • Instrukcje podczas medytacji (kilka razy dziennie)
  • Polecenia od nauczyciela
  • Codzienne wykłady (1-1,5 godziny)
  • Czasem jakieś kwestie organizacyjne

W ogóle nie miałem okazji zatęsknić za ludzką mową.

Pytanie: Czy medytacje nie mogły być przerwane nawet silną potrzebą pójścia do toalety i trzeba było czekać na przerwę?

W trakcie „zwykłych medytacji”: Można było dowolnie wchodzić i wychodzić z sali – do toalety, żeby się porozciągać itp.

W trakcie godzin determinacji: Siłą rzeczy była atmosfera taka, że powinno się zostać. Ale czasem ktoś wychodził (np. się wykaszleć albo po prostu do toalety) i nikt nie robił problemów.

Pytanie: Czy poczułeś “dopaminowy detoks” po?

O dziwo nie… a przynajmniej nie był on jakoś szczególnie mocny. Mam wrażenie, że 6 dni w górach dało mi pod tym kątem więcej. Nie mam pojęcia dlaczego.

Aczkolwiek jeszcze przez kilka dni nie odpalałem Instagrama po przyjeździe i nie czułem, żeby mi czegoś brakowało. Od powrotu (już ponad miesiąc) moja konsumpcja social mediów spadła do kilku minut dziennie – jednak pokrywa się to z moimi osobistymi celami, więc nie wiem na ile Vipassana tutaj wpłynęła.

Jednak bardzo mocno “dopaminowy detoks” odczułem podczas samego pobytu na miejscu:

Dzień 0 i połowa dnia pierwszego: Czułem duże przygnębienie, chociażby patrząc na swój pokój – cały czas czegoś mi brakowało. Oczywiście bodźców którymi mógłbym się rozproszyć.

Od połowy dnia pierwszego: Zauważyłem, że po prostu mogę siedzieć w pustym pokoju i czuć się ok. Zapomniałem co to znaczy nuda.

Zaskoczyło mnie też to, co zobaczyłem po południu pierwszego dnia, kiedy wszedłem do jadalni. Wchodzisz, a tam kilkudziesięciu facetów siedzi w ciszy – część patrzy w pustą ścianę, pije herbatę powoli i kontempluje. Ja tak samo – mogłem po prostu siedzieć, pić herbatę, patrzeć w ścianę i być tu i teraz. Zasadniczo bez znaczenia było, czy siedziałem w miejscu przy oknie, czy dosłownie 50 cm od ściany – w obu przypadkach czułem się tak samo dobrze.

Inny ciekawy efekt wystąpił podczas wykładów (audio na słuchawkach). Normalnie nie jestem w stanie skupić się na podcaście – zazwyczaj muszę się dodatkowo stymulować, będąc na spacerze, sprzątając itp. A tutaj mogłem siedzieć ponad godzinę z pełnym skupieniem na nagraniu. Bardzo dziwne, ale zarazem przyjemne doświadczenie.

To tyle – jeśli masz jakieś pytania to zostaw je w komementarzu, chętnie odpowiem

P.S Jeśli artykuł był dla Ciebie pomocny – możesz odwdzięczyć się stawiając wirtualną kawę, lub (jeszcze lepiej) dzieląc się nim ze znajomymi

Postaw mi kawę na buycoffee.to

4.8 6 głosy
Article Rating
Subskrybuj
Powiadom o
guest

0 komentarzy
Najstarsze
Najnowsze Najwięcej głosów
Opinie w linii
Zobacz wszystkie komentarze
0
Chętnie poznam Twoje przemyślenia, skomentuj.x